Hubertus Spalski 2012

Co roku na przełomie października i listopada w całej Polsce odbywają się mniejsze lub większe hubertusy. To święto jeźdźców i myśliwych, którzy obrali sobie za patrona św. Huberta. Od lat jedna z największych i najważniejszych imprez hubertowskich odbywa się w Spale – malowniczej miejscowości niedaleko Tomaszowa Mazowieckiego, w której lasach swojego pierwszego jelenia byka upolował sam car Aleksander III. Na Hubertusa Spalskiego wybrałam się z zamiarem poszukiwania smaku – bowiem tam gdzie tłumnie zbierają się myśliwi, z całą pewnością nie zabraknie pysznego jedzenia, na którym znają się oni doskonale.

Nie ma bardziej ekologicznego i zdrowego mięsa, niż dziczyzna – to tak, jak z kurami skubiącymi zieloną trawkę pod błękitnym niebem: mięso mają smaczniejsze, znoszą lepsze jajka niż kury z chowu klatkowego. Dzik, sarna czy jeleń spędzają życie w swoim naturalnym środowisku i są jak te kurki z chowu wolnowybiegowego – szczęśliwsze. Podczas Hubertusa Spalskiego można było skosztować nie tylko wyrobów, którymi obdarzył nas bór. Jarmark obfitował w swojskie smakołyki począwszy od wiejskiego chleba i niemalże domowe wędliny, poprzez prawdziwe miody i owoce wprost z sadów, aż po przepyszne wina i nalewki.

Od bladego świtu na miejsce, gdzie odbywały się uroczystości połączone z jarmarkiem, zjeżdżali się uczestnicy hubertowin. Praktyczne od samego progu witały ich stragany ze świeżymi warzywami i owocami, wśród których wzrok przykuwały zwłaszcza dynie we wszystkich możliwych kształtach i kolorach. Zaraz obok dyń, na pokaźnych stosach ułożone były warkocze czosnku – od małych, składających się z zaledwie kilku główek, aż po takie, które liczyły ich nawet 20-30. Kusiły soczyste gruszki wprost z sadu, dopiero co zerwane z uginających się pod ich ciężarem gałęzi oraz młode, słodkie w smaku orzechy włoskie.

Skoro mowa o imprezie związanej z łowiectwem, nie może zabraknąć oczywiście dziczyzny. Na Hubertusie Spalskim prym wiodła firma Provincja, która specjalizuje się w wyrobach z leśnych darów. Na ich stoisku można było skosztować głównie wędlin z sarniny: dojrzewającej szynki, salami oraz kiełbasy. Na głodnych czekały zaś pajdy wiejskiego chleba ze smalcem z dzika. Zwłaszcza tutaj chylę czoła – bo myśl o smalcu zasadniczo nie wywołuje we mnie ciepłych uczuć – ten jednak jest wyborny i polecam spróbowanie go wszystkim smalco-sceptykom.
Szlachetny smak dziczyzny idealnie podkreślają dodatki, będące owocami runa leśnego. W związku z tym do kupienia były także marynowane rydze, kurki, borowiki, podgrzybki czy maślaki, wyborna borówka brusznica z gruszką, a także śliwki w zalewie czy pikle. A jeśli nie dary lasu, to wina i aromatyczne nalewki…

Dla naprawdę głodnych przygotowano natomiast 900 litrów żuru. Do jego ugotowania przeznaczono 300 litrów zakwasu, 10 kilogramów suszonych grzybów i 120 kilogramów białej kiełbasy. Wystarczyło to na przeszło 2000 porcji! Zupę rozdawano całe popołudnie, a wydawało się, że wielki gar, pod którym buzował ogień, nie ma dna!
Za drobną opłatą można było się także posilić się myśliwskim bigosem – zapachy w centralnym punkcie imprezy były obezwładniające.

Coś dla siebie znaleźliby także fani wszelkiego rodzaju staroci, miłośnicy bibelotów oraz rzecz jasna blogerzy kulinarni. Wśród stoisk można było znaleźć pełno drobiazgów, całych zastaw stołowych i pojedynczych talerzyków czy filiżanek, sztućców, serwetek z ludowymi wzorami, a nawet pełnych uroku mebli.

To wszystko to zaledwie wycinek z całej imprezy, kilka szczegółów, które wiążą się z pasją jedzenia. Oprócz aspektu kulinarnego, Hubertus obfitował w wiele innych atrakcji, wśród których jednymi z bardziej interesujących były pokaz sokolnicze oraz prezentacje psów ras myśliwskich. Drugiego dnia tematem przewodnim z kolei był hubertus konny, święto jeźdźców. W spójną całość łączyła te dwie uroczystości konna gonitwa za lisem oraz pyszności, jakie oferowały stoiska na łąkach nad Pilicą.

Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała także o restauracji Pod żubrem w Spale. Nie sądziłam, że w lokalu można podać tak wyrazisty i pełen smaku, doskonale przyprawiony rosół z najwspanialszymi kołdunami, jakie mogłam sobie wymarzyć.

Polecam Wam odwiedzanie wszelkiego rodzaju myśliwskich imprez, festynów i przeglądów, odbywających się w okolicy. Przepyszne doznania smakowe tych wydarzeń, ukazujące myśliwską tradycję i kulturę na pewno zostawią pozytywne wspomnienia.
A po więcej zdjęć zapraszam na profil Jest Pysznie na Facebooku!

2 komentarze

  1. Bardzo lubię takie imprezy…pozwalają poznać tradycję , kulturę i regionalne smaki …
    i pozwalają przyjemnie i aktywnie spędzić dzień ; pokazać dzieciakom jak ciekawy jest świat gdy tylko odejdzie się od monitorów tv czy laptopa…na takich imprezach można wszystko poznawać próbując , smakując , dotykając – i to jest najfajniejsze 🙂

Masz ochotę? A może zjadłeś i ci smakowało? Daj mi o tym znać! Zostaw komentarz :)