Urban Gardening – ogródek w środku miasta

Kiedy byłam dzieckiem, mieszkaliśmy na obrzeżach miasta, na ulicy, po której przejechał może jeden samochód dziennie. Dom, w którym zajmowaliśmy część parteru, był sporą przedwojenną willą, trochę zaniedbaną, ale wciąż całkiem urodziwą. Nie było w nim wygód. Zimą trzeba było palić w starym, kaflowym piecu, bo brakowało centralnego ogrzewania, a gdy skuł mróz, w rurach zamarzała woda. Ale mimo wielu niedogodności ten dom miał coś, czego nie zaznało żadne dziecko wychowane na miejskim blokowisku – prawdziwy, duży ogród.

Życie tam, choć w zasadzie w granicach miasta, toczyło się trochę jak na wsi. Wzdłuż naszej ulicy było jeszcze kilka podobnych domów z ogrodami, niewielki spożywczy sklep, zaspokajający podstawowe potrzeby mieszkańców, a dalej tylko działki, las i łąki, na których kwitły zawilce i kaczeńce. Wystarczyło wyjść za bramę i zaraz obok domu można było rozkoszować się nieskrępowaną naturą i spokojem.
Na naszym podwórzu między dwiema starymi jabłoniami, które co roku obdarowywały nas jabłkami jaśniepańskimi (kto dziś zna tę odmianę? czy gdzieś jeszcze ktoś ma tak stare jabłonie?), bujałam się na hamaku. Pod płotem stał rząd mirabelek, które można było znosić do domu wiadrami. Na krzakach wisiały girlandy porzeczek, spomiędzy kolców wybierało się dojrzały w słońcu agrest. Gdzieś między owocowymi drzewami w dorodnej kępie rósł lubczyk, który potrafił być wyższy ode mnie, z łodygami grubszymi od cienkich ramionek kilkuletniego dziecka. Na grządkach z porządnie wydeptanymi ścieżynkami rosły pory, pietruszki, selery, marchewki, poziomki i truskawki. W maju za domem obłędnie pachniał bez, przed domem, tuż obok tarasu kwitł najpiękniejszy krzew jaśminowca i odurzał swoim zapachem. Jesienią ogród zamieszkiwały wiewiórki, które upodobały go sobie z powodu dwóch wielkich orzechów włoskich, które rozpieszczały nas najwspanialszymi orzechami – łupiny świeżo spadłych orzechów brudziły palce i pokrywały gorzkim sokiem, ale już nigdy żadne orzechy kupione na rynku nie smakowały mi tak, tak tamte. Zimą na nagich gałęziach jaśminowca wisiały kawałki słoniny na sikorek, na murku tarasu z kolei stadami przylatywały wróble, bo zawsze czekała tam na nie garść ziarna. Pełno wszędzie było życia od wiosny do zimy.
Wyprowadziliśmy się na blokowisko, do niewielkiego mieszkania w wieżowcu, gdy miałam 9 lat. Zawsze ciepła woda w kranie, parzące zimą kaloryfery, brak wilgoci i wszędzie blisko. Niezliczone zalety i tylko jedna wada: nie było już domu z ogrodem, po którym mogłam latem boso ciekać od świtu do nocy, wylegiwać się w hamaku, skubać owoce z wprost z krzaków i oglądać, jak powoli, każdego dnia życie toczy się swoim rytmem.

Pomidory 2016-04-05

Dzisiaj po wielu latach też nie mam domu z ogrodem (może kiedyś, o ile mi się w życiu poszczęści). Do dyspozycji mam wszystkie zalety mieszkania w bloku wraz z niewielkim balkonem. Ot, balkon jak balkon, typowy, na ostatnim, czwartym piętrze, skierowany na zachód. Wąski i długi, nieciekawy, bez potencjału – nawet stolika się nie postawi, żeby rano wypić kawę na świeżym powietrzu.
A mimo to niewielkim nakładem pracy udało nam się w zeszłym roku zagospodarować ten kawałek betonu otoczony barierką i wyczarowaliśmy nam nim gąszcz pomidorów, krzaków papryczek chili i ziół. W zasadzie nie spodziewałam się, że tak bardzo mi się to spodoba. Sądziłam, że nie mam tej iskry, która ożywia rośliny, każe nasionom puszczać zielone, pełne życia pędy; nie jedną roślinkę udało mi się pozbawić życia, mimo szczerych chęci. Jednak kiedy spontanicznie kupiliśmy w zeszłym roku zimą plastikowe mini szklarenki (podstawka i przezroczyste przykrycie) w zestawie z nasionkami pomidorów i ostrych papryczek, kiedy to niepozorne nic zaczęło kiełkować, wzbijać się, zielenić, rozrastać, kwitnąć, a potem rodzić owoce, okazało się, że to fascynujące. Fascynujące i pełne spokoju, pierwotnej siły. Rano wstaje się i pędzi z kubkiem kawy do soczyście zielonych krzaczków papryczek patrzeć na ich urocze, białek kwiatuszki, jak zmieniają się w maleńkie zielone dzióbki papryczek; na pomidory, które gną się pod ciężarem owoców.

Fasolka 2016-04-05

W tym roku idziemy krok dalej. Pomidory, choć są zaledwie wątłymi, 5-cio centymetrowymi roślinkami, pachną intensywnie, gdy muśnie się je palcem. Papryczki też już czekają, jeszcze 2-3 tygodnie i zamieszkają w donicach. W niezbyt urodziwych, ale praktycznych szklarenkach z plastikowych butelek po napojach, dumnie unosi głowy kiełkująca fasolka szparagowa, cukrowy groszek, por, zieleni się szpinak, nieśmiało wychylają pierwsze listki zioła.

A ja jestem pełna emocji i niecierpliwości, obserwując jak za moim udziałem w odwiecznym rytuale natury budzi się w garści mokrej ziemi odrobina życia. A ja z wdzięcznością i czule będę zbierać jej owoce, uśmiechając się z balkonu do zdziwionych sąsiadów. 🙂

Jeden komentarz

  1. Ja też wychowałam się w takim domu bez wygód, i koniecznie był ogromniasty bez i wielki stary jaśmin, za domem w babcinym warzywniaku rosła sałata, groszek i fasolka szparagowa. I znienawidzone porzeczki, z których mama gotowała kwaśny kompot. I agrest. Pamiętam, że zjadłam taki pierwszy, niedojrzały i jak bolał mnie po nim brzuch. I potem też wyprowadziliśmy się do bloków. Ale ja pokochałam moje nowe blokowe podwórko, dzieciaki i bliską szkołę. I dzisiaj dzisiaj kocham bloki, dziwak:)
    pozdrawiam, Kasia

Masz ochotę? A może zjadłeś i ci smakowało? Daj mi o tym znać! Zostaw komentarz :)